|
Awaria szklanej
elewacji
Na konferencji w Międzyzdrojach (organizowanej przez
Politechnikę Szczecińską), poświęconej awariom budowlanym,
jeden z referatów wygłosił autor zachodni (acz Polak
- Ryszard Kowalczyk, reprezentujący University of Beira
Interior). Omówimy ten ciekawy tekst ze względu na jego
"przystawalność" do tematyki, jaką z definicji
zajmuje się OKNO. Drugi, chyba nie mniej istotny powód
jest taki, że owa prezentacja została utrzymana w anglosaskim
stylu; tj.
z dbałością o atrakcyjność podawanego zagadnienia, jakże
odmienną od "kontynentalnego" stylu uprawiania
nauki, który to styl zbytnio jest zapatrzony na niemieckie
wzorce.
Przedmiotem rozważań R.
Kowalczyka był słusznych rozmiarów wysokościowiec (60
kondygnacji) w Bostonie, nazwany John Hancock Tower.
Dłuższy jego bok mierzył 90 metrów; wysokość wynosiła
241 metrów, konstrukcyjnie wspierał się na szkielecie
ramowym, natomiast jego elewacja była lustrzana; we
wspomnianej posłużono się szklanymi panelami, w postaci
podwójnie szklonych szyb o wymiarach 1,35 na 3,45 metra.
Zaczęto go budować
prawie 30 lat temu; niestety, w styczniu 1973 r., nad
miastem pojawiła się potężna nawałnica (John Hancock
Tower nie był jeszcze ukończony). Szybkość wiatru sięgała
120 km na godzinę! Panele szklane wypadały jeden po
drugim, burza zabrała ich aż sześćdziesiąt pięć, na
domiar złego, w następnych tygodniach, choć burzy już
nie było, okna wypadały dalej. W efekcie wieżowiec zaczął
straszyć czarną dyktą, którą wstawiano w miejsce wybitych
szyb. Zniszczeniu uległo - dane z kwietnia 1973 r. -
aż cztery tysiące metrów kw. szklanej elewacji, co nadało
mu cokolwiek trumiennego wyglądu!
Sprawa stała się głośna, zaczęły krążyć po mieście najbardziej
niestworzone historie, których pożywką było utajnienie
przyczyn awarii, co stało się w wyniku porozumienia
sądowego. Jak podaje
R. Kowalczyk:
"Zawarto umowę sądową, że wszyscy uczestniczący
w wyjaśnianiu zagadki zachowania się budynku nie podadzą
do publicznej wiadomości rzeczywistych kłopotów i zagrożeń
budynku John Hancock. Dopiero w 1988 roku ukazały się
pierwsze publikacje w tej sprawie, analizujące kłopoty
budynku i podające pierwsze ogólne wnioski w tej sprawie.
Natomiast autorzy wnikliwej analizy, eksperci zaproszeni
do oceny zachowania się budynku, a mianowicie Prof.
Bruno Thurlimann i Prof. Alan Davenport nie mogą się
wypowiedzieć publicznie z uwagi na obowiązującą ich
umowę milczenia nakazaną przez sąd".
Stare
polskie przysłowie powiada: "Co kraj, to obyczaj"
- i wychodzi na to, że jest ono trafne.
Ponieważ
problemy z budynkiem wystąpiły już w trakcie kopania
fundamentów - osiadał grunt, zagrażając np. sąsiedniemu
zabytkowemu kościołowi - wieść gminna w tym upatrywała
powód wypadania okien.
Pomiary
badawcze skoncentrowały się na odkształceniach budynku
wywołanych działaniem wiatru. Okazało się, że istotnie
wychylenia są zbyt duże, lecz nie one były głównym winowajcą,
choć niewątpliwie przyczyniały się do powstawania dyskomfortu
u bywalców najwyższych kondygnacji.
"Ruchy
budynku przypominały taniec kobry, ponieważ do wychyleń
dodawały się jeszcze ruchy skrętne. Częstość drgań liniowych
była bardzo bliska częstości drgań skrętnych i oba te
zjawiska, nakładając się równocześnie się wzmacniały".
Wyjaśnienie
zagadki wypadania szkła okazało się absolutnym zaskoczeniem.
Próbki paneli stosowanych do budynku Hancock zostały
szczegółowo przebadane w tunelu aerodynamicznym w Ontario.
Okazało się, że problem tkwi w konstrukcji samych paneli
okiennych.
"Każdy panel był konstrukcją warstwową: dwie warstwy
szkła, oddzielone warstwą powietrza, zostały utwierdzone
w metalowej ramie. W celu wyeliminowania odblasku i
ciepła słońca, położono chromową warstwę odblaskową
na wewnętrznej powierzchni szyby zewnętrznej (Warstwa
ta miała nadawać elewacji efekt lustrzany). Tafle szklane
były uszczelnione i zamocowane do ramy okiennej za pomocą
ołowiu i dodatkowo lutowane do warstwy chromu. W czasie
badań okazało się, że pękanie szkła rozpoczynało się
od mikroskopijnej rysy w narożu zewnętrznej szyby. Połączenie
za pomocą lutowania i ołowiu było tak mocne i tak sztywne,
że nie pozwalało na jakikolwiek ruch. Szkło okienne
zawsze musi mieć swobodę ruchu, odkształca się wraz
ze zmianami temperatury i drga pod wpływem wiatru. Sztywne
połączenie powodowało zmęczenie i powstanie drobnej
rysy, która propagując przez szybę rozpoczynała proces
jej zniszczenia.
Efektem tych badań była konieczność wymiany wszystkich
10 344 podwójnie szklonych paneli okiennych na pojedyncze
tafle ze szkła hartowanego. Producent paneli pokrył
koszt wymiany, który wnosił 7,0 milionów USD. Częścią
ugody było uzgodnienie, że sprawa pozostanie utajniona".
Po
wymianie szklanej elewacji autor projektu zwrócił się
do niezależnego (i bardzo słynnego) eksperta z pytaniem,
czy budynek jest całkowicie bezpieczny. Ocena tego eksperta
była jeszcze bardziej zaskakująca niż zagadka wypadania
okien. Budynkowi mogło grozić zawalenie przy pewnego
rodzaju uderzeniach wiatru, a katastrofa mogła "nastąpić
w kierunku podłużnym".
"John
Hancock" ma wygląd smukłej tarczy, długość elewacji
podłużnej znacznie przewyższa szerokość budynku; w takiej
sytuacji uwaga konstruktora z natury rzeczy koncentruje
się na kierunku poprzecznym. I tutaj sztywność budynku
była dobra. Gorzej - z kierunkiem podłużnym, jak to
pokazały obliczenia zespołu ekspertów.
Problem polegał na tym, że poza ramami zewnętrznymi,
konstrukcja wewnętrzna budynku, to układy słupowo-belkowe
z przegubowym połączeniem między słupami i ryglami.
Jednak zgodnie z ówczesnymi normami traktowano te konstrukcje
jako szereg podłużnych ram. Działające obciążenia to
działanie wiatru na krótsze ściany budynku oraz obciążenia
pionowe. Wskutek przegubowego połączenia rygli ze słupami
w ramach wewnętrznych, odkształcenia poziome wywołane
wiatrem były większe niż przy założeniu pełnej sztywności
wszystkich ram.
W
efekcie tej oceny dokonano wzmocnienia konstrukcji przez
zastosowanie usztywnień w pewnej liczbie ram za pomocą
krzyżulców. Koszt tej operacji, która wymagała zastosowania
do wzmocnień 1500 ton stali, wynosił 5 milionów USD.
Okazało
się w rezultacie, że nie było winnych kłopotów związanych
z budynkiem John Hancock. Projekt był zgodny z ówczesnymi
normami. Koniecznością stało się nie tylko usztywnienie
samego budynku, ale także usztywnienie norm. W oparciu
o te wyniki, przepisy amerykańskie dotyczące stateczności
konstrukcji zostały zmienione i zaostrzone. Omawiany
wysokościowiec stał się jednym z najbezpieczniejszych
wieżowców, wyróżniających się do tego urodą.
Jerzy Grundkowski

|